środa, 27 sierpnia 2014

Każdy ma swoje Westerplatte

28/08/2014

Mój niespełna trzyletni synek Franio rozwalił mnie kompletnie.
A teraz idę do Dalkowa, cześć! - powiedział.
Po czym z latarką i nocną lampką na baterie zniknął w swoim namiociku na ogródku;)


Jakżeż mnie ucieszyły te słowa.
Wygląda na to, że jednego z synów już zaraziłem tą chorobą.
Póki co, każdy z nas, w innej nieco wieży się zaszywa, ale już nie mogę się doczekać przyszłości.

Dzisiaj skoro świt ruszam po raz kolejny.
Nie wiem, czy uda mi się zrobić już wszystko, ale nadziei nie tracę;)



niedziela, 20 lipca 2014

To nie jest dom moich snów, cz.1

12-19/07/2014

ość już mam tego biwakowania przy wieży. Przestało mnie to bawić i stawało się ostatnimi czasy coraz bardziej uciążliwe.  Zwłaszcza w corocznych pierwszych tygodniach sezonu od-budowy, kiedy nocą wciąż potrafi być naprawdę zimno.
Poza tym namiot nagle musiał wyjechać na zasłużone wakacje po Europie. Wszystko to sprawiło, że na kilka dni przed planowanym wyjazdem do Dalkowa uświadomiłem sobie, że namiot to nie jest dom moich snów.


Zupełnie niedawno uświadomiłem sobie też, że jednak ani tym, ani też kolejnym razem nie uda mi się jeszcze zrobić już wszystkiego z wieżą, zaparzyć dobrej kawy i wyglądać na zewnątrz stojąc przy oknie. 
Rozpaczliwie potrzebowałem domu tymczasowego.


Nie takiego, który wlókłbym ze sobą za każdym razem a takiego, który czekałby na miejscu.
Ten kolejny jeszcze jeden raz przytargałem se sobą na prawdę lux przyczepę kempingową Niewiadów. Warunki o niebo lepsze niż w namiocie. Nie ma w ogóle do czego porównywać. Ale to jednak wciąż kłopot wożenia ze sobą domu niemalże na plecach a ja ani do tego nie jestem przystosowany ani też nie lubię wszelkiego rodzaju przyczep, naczep i innych zaczep na, czy też za samochodem.

Długo się nie zastanawiając wcieliłem w życie Mickiewiczowskie "Mierz siły na zamiary" i przepełniony duchem romantyzmu porwałem się po raz kolejny z motyką na słońce ale z ufnością we własne siły i pomoc dobrych ludzi.
I się nie zawiodłem!
Miałem trochę materiału w postaci żerdzi z czasów budowy rusztowania:


Więc je okorowałem:



Było też wiele innych materiałów, które dostałem od ojca (dzięki tato) i moich sąsiadów z Dalkowa, którym korzystając z okazji również bardzo dziękuję. Sporo materiałów trzeba też było po prostu kupić.
Tak zaczął się realizować romantyczny plan budowy mojego pierwszego w Dalkowie a'la szachulcowego domku.
Przepoczwarzyłem się zatem w geodetę i pokroiłem kawałek działki wg tego, co przy dobrych wiatrach mogło się udać zrobić.


Za piękne pokrojenie moich żerdzi sosnowych stokrotne dzięki dla pana R. z Gaworzyc.


Sam sobie posmarowałem belki sosnowe czymś tam do więźb dachowych:




Stopy fundamentowe odlałem w tak zwanym międzyczasie popołudniowej sielanki niedzielnej.


I od poniedziałku sprawy potoczyły się w tempie godnym samego środka lata czyli w atmosferze dobrej zabawy, żniw, much końskich a dzięki tym ostatnim dość szybkiego tempa pracy:




Tak minął poniedziałek, dzień trzeci:


Żniwa w Dalkowie rozkręcają się na dobre. W samej wsi wycięto kapustę. Woń rozkładających się resztek liści kapusty przypomniała mi stare dobre lata dzieciństwa. Przyszedł czas na rzepak, który wyjątkowo dobrze obrodził tego roku. Podobnie było z pszenicą i muchami końskimi. 


Ten urodzaj obfitości wprost przełożył się na bardzo dobre tempo pracy.



Chwilę później byłem już na dachu swojego własnego domku w Dalkowie.





Franek (dobry znajomy z Dalkowa), oprócz tego, że naprawdę zna się na wszystkim, zna się też na specjalnych konstrukcjach, w których wykorzystuje się materiały nietypowe. To bardzo cenna wiedza!




Teraz, kiedy piszę, przypominają mi się z dzieciństwa programy Adama Słodowego To on, zaraz po moim ojcu i dziadku uczył mnie wprost z telewizorni, jak obchodzić się z drewnem.




Tak upłynął piątek, dzień siódmy. Kiepsko trafiłem, bo odpoczynek planowany był wciąż dopiero na niedzielę;)






W planach jest jeszcze ocieplenie, oczyszczenie drzwi z farby i zabezpieczenie, zrobienie komina i wycięcie otworu na drugie okno (od strony południowej) i wyposażenie wnętrza w niezbędności. To wszystko następnym razem. 
Wtedy, jak sądzę uda się zrobić już naprawdę wszystko....co dotyczy nowego domku przy wieży.


niedziela, 6 lipca 2014

Włócznia

27-29/06/2014

ażni są oboje. I wieża i bluszcz. Jednakże dla idealnej symbiozy pomiędzy wieżą a bluszczem potrzeba przywrócić odpowiednie proporcje pomiędzy nimi. Potrzeba trochę więcej wieży a trochę mniej bluszczu;). Taki jest plan od-budowy. I tego się trzymam. 


Przywiozłem i pobudowałem rusztowanie dla wzmocnienia tempa pracy (precyzyjne wypoziomowanie pierwszego przęsła rusztu, to absolutna podstawa przy takich wysokościach). Tak w każdym razie wyglądało to w teorii, bo w praktyce nie do końca. Podczas wznoszenia rusztu (zwanego warszawskim) nadziałem się najpierw na jedno, a później drugie zupełnie niezapowiedziane, świetnie zakamuflowane w bluszczu gniazdo os.
Osy są bardzo dobrze zorganizowane. Tak w zasadzie jak pszczoły z tym wyjątkiem, że może trochę mniejszy z nich pożytek. Gniazdo os nigdy nie pozostaje zupełnie puste! Strażnicy na wszelki wypadek pozostają w ciągłej gotowości do obrony gniazda. No i ja się z nimi spotkałem montując ostatnie niemal przęsło rusztowania na wysokości jakichś 7 metrów nad ziemią. Strażnicy zareagowali w imponującym tempie. Taki jak ten ból pamiętałem z dzieciństwa, bo wtedy dużo czasu spędzałem w tego typu miejscach. Trzeba przyznać, że boli bardziej, niż po ukąszeniu pszczoły ...ale za to nie puchnie;)


Na koniec, kiedy opadł już kurz po stoczonej walce jedna rzecz zwróciła moją uwagę, a mianowicie fakt, że osy wciąż "kręciły się" wokół mnie przysiadając raz po raz na drewnianych żerdziach rusztowania. Zastanawiałem się, czy są aż tak bardzo pamiętliwe i szukają okazji do odwetu? Sama tylko możliwość skrzętnie opracowywanej zemsty trochę mnie dekoncentrowała. Dopiero w domu, kiedy zasięgnąłem wiedzy fachowej, zrozumiałem o co w tym wszystkim chodziło. Osy, po jakichś dwóch godzinach rozpoczęły po prostu budowę kolejnego gniazda. Dla zainteresowanych dodam tylko (o czym sam wcześniej nie wiedziałem), że osy swoje gniazda budują z mieszanki wydzieliny, którą produkują gruczoły owada i wierzchniej warstwy kory miękkiego drewna. Dokładnie takiego, jakiego użyłem do budowy rusztowania tj. sosny zwyczajnej. One po prostu zajęte swoimi zadaniami, zwyczajnie zbierały materiał do od-budowy. Teraz rozumiem dlaczego wybrały tak osobliwe miejsce do budowy gniazda , jak sąsiedztwo mojej wieży to przez korę miękkiego drewna. 
Po raz kolejny przekonałem się, że te niepokojące hordy komarów w wieczornej porze to żaden problem. Przecież może być znacznie gorzej:)
Pewna kobieta powiedziała, że komary denerwują ją bardzo, ale nie może ich zabijać, bo przecież w nich płynie jej krew;)!

Oba gniazda pochłonęły trochę mojego cennego czasu, ale i tak kolejny kawałek w przywracaniu odpowiednich proporcji został osiągnięty.


Ponoć mężczyzna z czasów świetności staruszki wieży do lekarza zwracał się dopiero wtedy, kiedy kawałek włóczni przeszkadzał mu w spaniu;) I ja postanowiłem z kilku ukąszeń ceregieli wielkich nie robić. Rano i tak już tylko zmęczone pracą mięśnie mnie bolały.


czwartek, 26 czerwca 2014

Jej siła w jej słabości

02-05/06/2014

rzygotowuję front do zbliżającej się dużymi krokami od-budowy ległych przed kilku laty w gruzach fragmentu północno-zachodniego narożnika muru i obu stropów.


Kilka spraw (w tym i czynnik ludzki) przyczyniło się do tego, co przedstawia sobą obecnie wieża. 
Budynek, niezabezpieczony, został w końcu "zdobyty". Wyrwano i wzięto w niewolę część schodów, wszystkie okna a także część konstrukcji dachu. Od tej chwili przez 12 miesięcy w roku wewnątrz było mokro i wilgotno. Zaczęła gnić więźba i znikać dachówki z pokrycia dachu. Deszcz penetrował już wtedy budynek zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz:

Źródło: http://dolny-slask.org.pl/ marzec 2006-ego roku.
 
Zaczęły gnić belki wiążące mur na wysokości stropów i dachu (we współczesnym budownictwie zastąpiono je wieńcami żelbetowymi). Wiązania tzw. wieńców poddały się siłom natury. "Wypłukała się" (z wapna) zaprawa muru (szczególnie dotkliwie właśnie w zawalonym narożniku). Część budowli runęła ciągnąc za sobą stropy aż na samo dno. Od tej chwili pozostałe przy życiu, trzykondygnacyjne mury stoją już tylko o własnych siłach. 
 

Trochę spękane, gdzieniegdzie bardzo poważnie, ale stoją. 
Teraz już wiem, że stoją tylko dzięki temu, że zbudowano je właśnie te niemal pięćset lat temu a nie (dzięki Bogu) współcześnie!
Dlaczego?
Tajemnica, paradoksalnie, tkwi w najsłabszym (teoretycznie) ogniwie całej konstrukcji - w zaprawie wapiennej murów a ściślej rzecz biorąc w samym wapnie. To właśnie w słabości tego składnika jest cała obecna siła staruszki wieży.

Tak na marginesie to, im bardziej brnę w temat od-budowy, tym bardziej czoła chylę budowniczym Tamtych czasów.


Żeby lepiej zrozumieć ten fakt, mur staruszki wieży (zbudowany te kilkaset lat temu) potraktowałem tak, jak to rozumiano wówczas. A więc mur, to tworzywo kompozytowe, które składa się z elastycznej matrycy (zaprawa), w której zatopione są elementy sztywne - cegły i kamienie.
Wapno (składnik zaprawy) nadawało jej urabialność, przyczepność, elastyczność i uwaga: zdolność do samoleczenia mikro-uszkodzeń!
Zwiększało też zdolność zaprawy do transportu masy, dzięki czemu zaprawa stawała się regulatorem wilgotności muru. 
Wyeliminowanie wapna z zaprawy we współczesności spowodowało wzrost zasolenia murów i jego niską odporność na spękania podczas osiadania budynku. 

Muszę trochę więcej powiedzieć o fascynujących faktach dotyczących XVI wiecznego procesu przygotowania wapna na budowę oraz o tym, jak to było z tymi jajkami w wapnie?
Przygotowując wapno do zaprawy murarskiej, na etapie lasowania (uwadnianie tlenku wapnia) dodawano białko zwierzęce. Najczęściej były to miękkie odpady rzeźnicze jak sierść, okrawki skór, krew bydlęca, ale także twarogi, mleko i jaja. Padlina niezależnie od stopnia rozkładu, choroby zwierzęcia, była również bardzo dobrym i pożądanym dodatkiem do wapna. Oczywiście wapno tak wzbogacone musiało być kilka lat sezonowane, co było praktyką znaną i powszechnie stosowaną. 
Jakie procesy wtedy zachodziły? 
Tłuszcze zwierzęce zamieniały się w maziste nierozpuszczalne w wodzie mydła wapniowe, natomiast białka (tkanki mięsne i nabiał) z wapnem tworzyły bardzo silnie spajający płaszczyzny kamieni klej, znany do dziś i nazywany kazeinowym.
Oczywiście, jeżeli dodawano jajka, to w całości.
Nikt nie bawił się w odsączanie i przelewanie. Białko jajek w zaprawie to skrót myślowy, wskazujący na to, że o ten właśnie element jajka chodziło murarzom.

Nie do przecenienia są umiejętności i wiedza, którą kierowali się pierwotni budowniczowie staruszki wieży. Ze źródeł tej wiedzy wynika też, że ta wspaniała zaprawa wapienna ma też pewną wadę. Narażona na długotrwałe skutki działania warunków atmosferycznych niestety traci swoje właściwości. 
Stąd też moja walka, którą toczyłem z warunkami atmosferycznymi podczas ostatniego wyjazdu. 
 


Moim celem obecnie jest chronić każdy kawałek wieży przez wodą i wilgocią. Zakończyłem budowę tymczasowego daszku nad wieżyczką. Teraz trwa budowa zadaszenia ponad murami wieży.


Jeszcze dwa lata temu można było odnieść wrażenie, że staruszka wieża została wchłonięta przez matkę naturę i jej słaby punkt ją wykończy.


Teraz na nowo jej siła zaczyna się budować wprost z jej słabości.



poniedziałek, 19 maja 2014

Jestem na TOP-ie

29/04-02/05

en wyjazd odbył się tak dawno temu, że coraz trudniej zdać sprawę z tego, co się działo. Chyba najważniejszym powodem, dla którego tak właśnie jest, jest to, że właśnie urodził nam się nasz drugi syn (czytaj: wielki budowniczy wieży 2) - Stasio. O pierwszym, już blisko 3-letnim Franiu (czytaj: wielki budowniczy wieży 1) nie wspominałem jeszcze, więc robię to teraz.
Nie ukrywam, że liczę mocno na nich, bo jak widać na załączonych obrazkach moja od-budowa póki co, przebiega w tempie relaksacyjnym:)

Kiedy wreszcie udaje mi się w końcu wyjechać z Wrocławia
jadę przepełniony optymizmem. Odbieram Dalków jako świetną zabawę i znakomity relaks od codzienności wielkomiejskiej, której mam coraz bardziej dość!

Będąc już w drodze do Dalkowa, zawsze jadę z ogromną ciekawością tego co zastanę. Myśli, miliony tych myśli w głowie ostatecznie niczemu konkretnemu nie pozwalają się przypisać w czasie tej "Drogi Do" oprócz ogólnej ekscytacji samym faktem bycia w drodze i jazdy "Do".


Obejście wokół wieży i sprawdzenie, czy wszystko jest na swoim miejscu to pierwsze primo. Za każdym razem mam wrażenie, jakby nie było mnie wieki albo jakbym pierwszy raz po tej ziemi chodził. Obchód, to pierwsze zaspokojenie ciekawości.
Tym razem nie bardzo udało się tego pierwszego zaspokojenia dokonać, bo w Dalkowie sezon wegetacji wszystkiego rozpoczął się już dawno. 
Na dzień dobry chwasty i trawa po kolana a że wczesnie rano przyjechałem rosa była, jak zapora. więc rekonesans odbył sie w trakcie koszenia:

Mokro! Poranne koszenie w rosie to niekoniecznie właściwy czas na taką rozgrzewkę, ale w końcu nie mam całego dnia.


Kosa w podzięce i mnie ostro nastraja po 3 godzinach koszenia niemalże wszystkiego wokół wieży. Dzisiaj chyba nikt już nie używa tego narzędzia - a szkoda!
Pogoda przez cały dzień była odpowiednia. Dwadzieścia kilka stopni przez niemal cały dzień pomogło mi nie dać się złamać naturze, która taką obfitością rozpoczęła sezon majowego, wyjątkowo długiego łykendu. 
Ogarnąłem teren i zająłem się zakończeniem budowy przęsła rusztowania wewnątrz. Po raz kolejny pokonana przez wiatr zachodnia część zadaszenia wieżyczki tym razem była pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem tuż po przyjeździe.



Jeszcze tego samego dnia domknąłem rusztowanie i rozpocząłem ostateczną rundę budowy zabezpieczenia klatki schodowej wieżyczki.


W tak zwanym międzyczasie oczyszczam wierzchnią warstwę murów z Hedery Helix tylko z powodu wyższej konieczności.


Tymczasem dach wieżyczki, mój główny cel najazdu podczas prac zabezpieczania wygląda tak:


Na tym zdjęciu wyraźnie widać, kto jest na TOP-ie:)


Kilka krajobrazów, dla wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć, jak wygląda świat z perspektywy człowieka, który jest na TOP-ie:



I jeszcze sielanka, która śni mi się po nocach, kiedy nie ma mnie tutaj:



I te świetliki, których nie ma nigdzie indziej:)


A teraz to z czym przyszło mi się zmierzyć po zdjęciu i zabezpieczeniu dachówki znacznie starszej niż choćby Hymphrey Bogart: 


W trakcie uzupełnienia i napraw dachu:


Łany koszę:


I późne maliny sadzę, żeby nie było, że tylko karczuję wszystko, co pod nogami:



A to wąż gumowy w systemie do mocowania papy asfaltowej własnej produkcji, którym załatwiłem sobie, mam nadzieję kilka kolejnych lat przetrwania dla schodów w klatce schodowej - zanim cała wieża nie będzie gotowa do pokrycia dachem z prawdziwego zdążenia. Za węża stokrotnie dziękuję sąsiadom zza miedzy!


I teraz będzie już coraz ładniej;)






Z każdej strony! Wreszcie!



I jeszcze raz, po raz setny pierwszy najpiękniejsze ujęcie tej samej wciąż wieży:



I jak zwykle na koniec wielkie porządki!









Porządki, to coś czego wybitnie nie lubię zabierając się doń, ale też i coś coś bardzo pomaga mi w budowaniu motywacji do kolejnego zetknięcia się z rzeczywistością ruiny - czegoś tak pięknego, jak staruszka wieża;)